Nie mam dzisiaj jakoś inwencji na pisanie. Ale o czymś by się przydało napisać. W końcu to blog o kosmetykach i urodzie. Hmm więc o czym napiszę…. już wiem o samoopalaczach. Właśnie przymierzam się do kupna następnego. Następnego bo miałam już ich niezliczone ilości. Co mnie w każdym wkurzało? Pewnie ci co stosują to będą wiedzieli. Tak tak oczywiscie ich zapach, a raczej smród! Dlaczego no dlaczego one tak śmierdzą. Oczywiści są takie bardziej śmierdzące no i mniej. Z tych bardziej śmierdzących to miałam kiedyś z Avonu, ale to było kilka lat temu, no i może coś w tej kwestii zmienili. Ogólnie ten samoopalacz ył beznadziejny, robił straszne zacieki. a jak się nim posmarowałam i dopadł mnie deszcz, to matko jedyna, zacieki straszne, po nogach płynęła brązowa woda. O brudnych ubraniach nie wspomnę. Nie tylko ten z Avonu był taki. Miałam też inne beznadzieje, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć firm. Kiedyś kupiłam też taki w piance, bo forma aplikacji mnie zaintrygowała. No nie był najgorszy. smród do zniesienia, kolor też w miarę ok. Taki w sprayu też miałam. ale teraz ostatnio kupuję zwykłe w kremie czy tam balsamie. Ogólnie ostatnio jestem wierna samoopalaczowi Debroah. Drogie gówno, bo ok 80 zł, ale cóż. Kolorek ma świetny, delikatny, bardo szybko się wchłania. Zapach, no taki sobie, mógłby być lepszy. Ale cóż widać nie można mieć wszystkiego.
